- Luna, wstawaj! Co ty… spałaś na parapecie? – powiedziała Miona,
nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Co? Ja… na Merlina! Nie mogłam spać i… tak jakoś wyszło.
Ważne, że w ogóle zasnęłam.
- Lepiej szybko ogarnijmy się i zejdźmy na dół, bo pani
Weasley zaraz tu wpadnie i zacznie krzyczeć, że jeszcze nie zeszłyśmy na
śniadanie. – stwierdziła Hermiona i udała się do łazienki.
Dziewczyny zeszły na śniadanie. Ron i Harry jedli już
grzanki.
- I co, Mionka? Ostatni dzień wakacji… Jutro już wrócisz do
swoich ukochanych książek i pani Pince. – roześmiał się Harry, całując
dziewczynę na powitanie.
- Taaa. – westchnął Ron, najwidoczniej przybity wizją
nadchodzącej nauki. – Ale dzisiaj mamy ostatni dzień nudy, pewnie nic ciekawego
się nie wydarzy.
- A może pójdziemy nad rzekę? Zapowiada się piękna pogoda,
zobaczcie. – powiedziała Luna.
Reszta z chęcią przystała na tę propozycję. Postanowili, że
po obiedzie (bo oczywiście pani Weasley nie puściłaby ich z pustymi żołądkami)
wyruszą nad rzekę i tam spędzą resztę dnia.
Planowanie i sielankę ostatniego wolnego poranka zakłóciła
jednak Molly, wpadając zdyszana do kuchni.
- Harry, kochaneczku, nie wiem, co się tu dzieje, ale na
podwórzu stoi Draco Malfoy i bardzo grzecznie prosił, żebyś do niego przyszedł.
Hermiona na te słowa zakrztusiła się tostem, Luna upuściła
łyżeczkę na podłogę, a Harry dopadł do okna i niedowierzając, wypatrywał
sylwetki Malfoya. Owszem, stał na skraju podwórza. Zdziwiła go jednak jego
postawa. Nie stał dumnie wyprostowany, jak to zwykle bywało. Wbił wzrok w
ziemię i nerwowo przestępiwał z miejsca na miejsce.
- Czego ten łajdak tutaj chce?! I to pod moim domem?! Ja to
załatwię! – krzyknął Ron, ściskając w ręku różdżkę.
- Nie, Ron. Harry się tym zajmie, prawda? – szybko zareagowała
Hermiona.
- Oczywiście. – powiedział Harry i zniknął za drzwiami.
Draco zobaczył Pottera i poziom jego stresu wzrósł jeszcze bardziej.
Tyle lat udawania pieprzonego arystokraty… Tak, udawania. Miał tego wszystkiego
teraz szczerze dosyć. Już dawno rozmyślał o tym, że to idiotyczne kłócić się z
Potterem i resztą, bo w sumie… przecież nigdy nie było o co. Draco przeszedł
wewnętrzną przemianę. Postanowił postawić się ojcu i jego zasadom. Na szczęście
miał przy sobie matkę, która była inna niż Lucjusz i starała się jak mogła, by
wspierać swego jedynego syna.
- Malfoy. – z otępienia wyrwał go głos Harry’ego. - Czego tu
chcesz?
- Cześć, Harry. – o, Merlinie, jak on idiotycznie musi teraz
brzmieć. Nigdy nie zwrócił się do bliznowatego po imieniu. Chyba nie będzie tak
łatwo. – Przyszedłem, żeby się z wami pogodzić. – wyrzucił szybko z siebie to
zdanie, nerwowo spoglądając w oczy Pottera i czekając na reakcję.
- Że… co? Ty… pogodzić? Eee… - Harry był w totalnym szoku.
Tutaj Draco zamieścił swoją mowę. Wyszło totalnie inaczej,
niż sobie planował, ale przynajmniej było bardzo szczere.
- Więc… próbujesz mi powiedzieć, że jest po wojnie, ty się
zmieniłeś i nagle do nas nic nie masz? – wydusił z siebie Harry. Nadal było
widać na jego twarzy wielkie zdziwienie.
- Coś w tym rodzaju. Czy mógłbyś pójść po resztę? Nie
oczekuję, że nagle wszyscy wielce się zaprzyjaźnimy, ale byłoby miło, gdybyśmy
nie zabijali się wzrokiem na korytarzach Hogwartu. – uśmiechnął się Draco.
Harry szybko wrócił do Nory. – Chodźcie ze mną. Malfoy… On
do nas nic nie ma. Przyszedł się pogodzić. Twierdzi, że po wojnie się zmienił,
przemyślał wszystko i pracował nad sobą. Ja chyba też już nie mam siły drzeć z
nim kotów. Nie wiem, co wy z tym zrobicie, ale ja mogę go tolerować. Przecież
właściwie te nasze waśnie były bezsensowne. – powiedział na wdechu Harry. – to co,
idziecie?
Pierwsza wstała Luna. Z anielskim uśmiechem, uniosła brwi do
góry i spojrzała na Mionę i Rona. – Chodźcie, może być ciekawie. Każdy
zasługuje na przebaczenie, bez względu na to, jaki kiedyś był.
Hermiona łapiąc rudowłosego przyjaciela za ramię, wstała i
wypchnęła go na dwór, wychodząc za nim. Szybko podeszli do Draco.
Ron niemal od razu zaczął krzyczeć. – Co ty sobie myślisz,
tleniona fretko? Że przyjdziesz sobie do Nory, walniesz śpiewkę o tym, jaki to
teraz jesteś dobry i będziemy przyjaciółmi?! Po moim trupie! – kończąc mówić,
Ron splunął na ziemię i najzwyczajniej w świecie się aportował.
- Wróci. – zaśmiała się Hermiona. Chciała rozładować
atmosferę, ale jej śmiech był nerwowy. Przed nią stał człowiek, który wyzywał
ją od szlam, kujonów, a ona sama przywaliła mu na trzecim roku. Nie wiedziała,
jak ma się zachować i czy może mu zaufać.
- Cześć, Granger. – powiedział Draco.
- Hej… - mruknęła Miona.
- To jak, wierzysz mi? Obiecuję, że nie będę już nigdy cię
wyzywał. Przepraszam za tą szlamę na drugim roku. – słowo „szlama” ledwie
przeszło mu przez gardło – uważał je po prostu za idiotyczne. Czarodziej to
czarodziej, proste. Nieważne, z jakiej rodziny pochodzi. Już od dawna tak
uważał. Dopiero po chwili zorientował się, że wypowiada swoje myśli na głos.
- No cóż, skoro tak… Zgoda. – Granger wyciągnęła rękę i
wymienili krótki uścisk.
I wtedy zobaczył ją. Tak bardzo zmieniła się po wojnie. Nie
widział jej parę miesięcy. Jasne włosy trochę ściemniały, zostały też skrócone
do łopatek, co nadawało im ładny kształt. Miała na sobie szorty w kwiaty i
białą koszulkę. I miała na sobie… buty. Białe trampki. Cóż, to było dziwne. Ona
przecież bardzo rzadko miała na sobie obuwie. Ciągle ktoś chował jej conversy…
Wiedział, że to jest Lovegood. Pomyluna Lovegood. Jednakże nie dostrzegał już w
jej oczach tej odrobiny szaleństwa, co zawsze. Najwidoczniej wojna zmieniła
wszystkich. No, może oprócz Rona. Spojrzał w oczy blondwłosej. Miała na sobie
lekki makijaż. Nigdy przedtem nie widział jej umalowanej. Tusz podkreślił
błękit jej tęczówek, podkład lekko przyciemnił skórę Krukonki, a policzki były
zaznaczone różem. Wyglądała bardzo… ładnie. Draco poczuł ucisk w żołądku.
- Cześć, Draco. Mam nadzieję, że wszystko od tej pory będzie
dobrze. – Luna podeszła do niego z uśmiechem na twarzy i podała mu swą rękę.
Żadnego wahania. Nie oczekiwała też na żadne wyjaśnienia. Po
prostu podeszła. Widać było, że nie ma do niego żadnego żalu. Cała Lovegood…
Tak naiwna, wrażliwa. Czyniło ją to jednak wspaniałą dziewczyną.
Młodego Malfoy’a lekko zatkało, więc po prostu podał jej
rękę, a na jego twarz wpełznął uśmiech.
Luna nigdy nie uważała Dracona za złego. Sądziła jedynie, że
chłopak pogubił się w tym, co dobre, a złe. Wiedziała, że kiedyś odnajdzie
właściwą drogę. Ta chwila właśnie nastąpiła. Blondwłosa była istotą, która z
całego serca wierzyła w ludzi. Oczywiście, zdarzały się wyjątki, którym nie
potrafiła wybaczyć – bezlitośni śmierciożercy, którzy zabili jej ojca,
Voldemort – jednakże starała się o nich nie myśleć. Nie zatruwała swego serca
nienawiścią.
Draco wyrósł przez wakacje. Włosy miał niesforne,
najwidoczniej nie stosował już specyfików, aby je poskromić. Dodawało mu to
jednak uroku. Jego blada skóra nabrała ciepłego odcienia – w końcu wakacje były
upalne. W oczach dostrzegała jeszcze resztki zimna, ale biły do niej
szczerością. Nie miał już na sobie czarnych ubrań, z którymi kiedyś się nie
rozstawał. Luna dostrzegła japonki, jeansowe szorty i szary t-shirt. Przyszedł
z wizytą, ale chciał pokazać, że jest normalny. Nie przypisałaby mu teraz miana
arystokraty. Za nic w świecie.
Draco nerwowo spojrzał na zegarek. – Cholera. – pomyślał.
Ojciec zaraz wraca z treningu quidditcha. Jeśli nie chciał go denerwować z
samego rana, powinien już wrócić do Malfoy Manor.
- Będę musiał już uciekać. Dziękuję wam wszystkim. Naprawdę,
dzięki. – uśmiechnął się do Hermiony, Harry’ego i Luny, dłużej zatrzymując
wzrok na tej ostatniej.
- Nie przejmuj się Ronem. Może jakoś uda nam się go
udobruchać, ale łatwe to to nie będzie. – powiedziała Granger.
- Nie ma sprawy. Nie oczekuję cudów, ale naprawdę, możecie
mu przekazać, że nie chcę się z nim kłócić przez ostatni rok nauki w szkole. No
to lecę. Do zobaczenia w Hogwart Express.
I już go nie było.
Przyjaciele stali, wpatrując się w miejsce, gdzie przed
chwilą stał Draco i odetchnęli z ulgą.
Co to będzie za rok, skoro tak dziwnie się zaczyna?